10.10.2013

7. Kolorowy sweterek

Szłam ulicą i wpadł mi do głowy pomysł zrobienia takiego swetra. I zaczęłam nawet realizować projekt w tempie bardzo szybkim i tak po kilku dniach miałam już dwa rękawy, tył i wydekoltowany przód. Świetnie poszło mi z doborem kolorów, wzoru i fasonu...
Czy słyszeliście kiedyś o "demonie południa"? Nie, nie jest to siła nieczysta błąkająca się po południowych rubieżach świata. Chociaż fakt,  słowo demon może i często jest rozumiane dosłownie. Ale czy do końca możemy to złożyć na garb sił metafizycznych? To zależy już od naszej wiary, jednak faktem pozostaje, że tkwi coś takiego w naturze ludzkiej. Południe to połowa dnia, już połowa za nami, ale jeszcze tyle samo drogi przed nami. Zauważcie, że idąc na wycieczkę najlepiej idzie się nam na początku drogi i gdy kres wędrówki jest już blisko. Na początku jesteśmy po prostu wypoczęci, pełni zapału i zachwytu, że wreszcie jakaś odmiana, coś ciekawego, coś nowego. Pod koniec mobilizuje nas bliskość celu. Tak samo jest z dniem, w południe zaczynamy odczuwać zmęczenie, w zasadzie to nie do końca w południe, bo różnie zaczynamy dzień, więc możemy to południe w cudzysłowie, chodzi o pewien moment w ciągu dnia. Oczywiście, nie traktujmy tego ściśle matematycznie, że 6 godzin i 6 godzin, bo nie o matematykę tu chodzi, tylko o nasze działanie. Zamienne, że jeden z największych kryzysów człowieka, to właśnie "kryzys wieku średniego", kiedy to jest w połowie życia. Tak samo jest często w życiu twórczym, pracy, czasem w życiu uczuciowym również ujawnia się syndrom demona południa. Polega on na tym, że to właśnie w połowie pracy, drogi, jakiegoś działania dopada nas chęć rezygnacji. Często udziela się zmęczenie fizyczne, często pojawia się zwątpienie i pytanie czy to na pewno dobra droga. Właśnie ta połowa jest taka niebezpieczna, jak często zdarza nam się zawracać właśnie w połowie drogi? Każdy chyba ma takie chwile, ale są osoby które potrafią sobie z tym radzić i takie, które totalnie się poddają.
Mnie nie zawsze udaje się wygrać z moim demonem (chyba celowo, żeby was zaniepokoić nie biorę go w cudzysłowie). Nie zawsze jest to moje lenistwo. Czasem po prostu nagle nachodzą mnie wątpliwości: czy mój trud będzie opłacalny? Czy osiągnę zamierzony efekt? A co jeśli się rozczaruję i to co zrobię nie spełni oczekiwań moich i innych? Po co to robię? Co tak naprawdę chcę osiągnąć i co jest dla mnie ważne?
Podobnie było z tym swetrem. Zaczęłam go nawet zszywać, ale nie umiałam skończyć. Jednak po roku udało mi się go dokończyć. Wiem, wstyd straszny, bo to leżało i leżało i leżało i czekało na ten wiekopomny moment mojej mobilizacji. Bałam się go kończyć, bo spodziewałam się katastrofy. Chociaż jak teraz na niego patrzę, to jestem naprawdę zadowolona.
Krój jest bardzo prosty, mocno wydekoltowany przód wykończyłam szerokim ściągaczem. Wykorzystałam dwa rodzaje wzorów i bawiłam się kolorami, dlatego sweter nie jest ani trochę nudny. Pasuje do dżinsów, albo ciemnej, skromnej spódniczki. Taaa - daaam:

2 komentarze:

  1. Mój demon właśnie krzyczy mi do ucha - po co ci kolejna serwetka... nie tym razem mu nie ulegnę i skończę, co zaczęłam :-P
    A sweterek świetny - lubię takie pasiaki :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Twoje opinie pomagają tworzyć bloga, dziękuję za każde słowo